Nabożeństwa ku czci
Św. Rity

Każdy 22. dzień miesiąca,
godz. 17:00 / 18:00.

Więcej informacji...

Msze Święte

Niedziele i Święta:

7:00, 8:30, 10:00,
11:30, 12:45, 17:00

Dni powszednie:

7:00, 18:00
(od 1.X do 31.XII
7:00, 17:00)

Parafia p.w. św. Jana Kantego
Jaworzno - Niedzieliska

Artykuły

Diabeł nie powie słowa – „mój”

(J 20,19-31)

 

Pytania nurtujące nasze głowy przybierają dzisiaj zaostrzoną formę. Jest ona tym ostrzejsza, że nie mamy zadowalających na nie odpowiedzi. Przeplatająca się śmierć z życiem, zdrowie z chorobą, władza z wolnością, miłość z grzechem i wiele innych sprzeczności, zawirowuje nasze myślenie, naszą pracę i nasze relacje. Spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem, w swym absolutnie ponadczasowym wymiarze jawi się jako jedyne, prawdziwie porządkujące Chaos, jaki jest w nas i wokół nas.

Dlaczego właśnie to spotkanie?

Bo ono trwa! Zmieniają się osoby, a On jest! Znakiem rozpoznawalnym żyjącego Jezusa są Jego śmiertelne rany.  To jest fakt, a nie dezaktualizujący się trick z Hollywood. Jezus Zmartwychwstały jest żywy w ludzkiej postaci, choć inną kategorią ludzkiej egzystencji. Jest  człowiekiem w ciele uwielbionym, któremu nie zagraża niebezpieczeństwo śmierci. Podlega zmysłowemu doświadczeniu innych ludzi, lecz wykracza daleko poza jego możliwości poznawcze. Przenosi się aktem woli z miejsca na miejsce; je, ale nie musi jeść, raz jest zmaterializowany, raz się dematerializuje; rozpoznawalny jest wtedy, kiedy On o tym zadecyduje.

Opisane w Ewangelii spotkanie z Jezusem zmartwychwstałym było spotkaniem również fizycznym. Jezus, mówiąc: Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli, zaznaczył, że to spotkanie może odbyć się  tylko na płaszczyźnie duchowej, gdzie wiara przechodzi w pewność. Cały kontekst wypowiedzi związany z niedowiarstwem Tomasza oraz określenie błogosławieni  wskazuje na większą rangę spotkania opartego tylko na wierze. Ponieważ nigdzie nie mamy wzmianki o spotkaniu Zmartwychwstałego z Jego Matką, to możemy spokojnie przyjąć, że ta ocena przede wszystkim Jej dotyczy. W tej przestrzeni jest również miejsce dla nas.

Skoro Jezus zmartwychwstał to i my razem z Nim zmartwychwstaniemy. Jest to najbardziej rewolucyjna informacja w dziejach ludzkości. Ten, kto tego doświadcza, przeżywa całkowite przewartościowanie swojego myślenia, zupełnie inaczej  patrzy na życie i śmierć; na zdrowie i chorobę; na grzech i na miłość oraz na wszystko, co jest z tym związane.

Zwycięstwo nad śmiercią jest u Jezusa integralnie związane z zadośćuczynieniem za ludzki grzech. Będąc prawdziwym człowiekiem, dzięki Boskiej naturze zmartwychwstał, dzięki Boskiej naturze zbilansował wszystkie nasze grzechy. Jest to jedyny w dziejach świata akt prawdziwego wyzwolenia człowieka z niewoli, w którą sam się wpędził, a z której sam wyjść nie może. Dlatego też Zmartwychwstały zwraca się do Apostołów, ustanowionych przez Niego misjonarzy prawdziwej wolności, słowami: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Tak uposażeni mogą ruszać z  posługą prawdziwej wolności  w świat i w jego historię.

Uwolniony człowiek może wejść w najpiękniejszą i najbardziej kreatywną relację z Bogiem. Uwolniony od zwątpienia Tomasz wypowiada kluczowe słowa: Pan mój i Bóg mój. Diabeł wie, że Chrystus zmartwychwstał, lecz nigdy nie wypowie słowa – mój, słowa wyrażającego miłość.  Diabeł wie, że Chrystus jest Panem i że jest Bogiem, lecz bez tego mój, nic mu z tej wiedzy.

W tym czasie wyjątkowego zniewolenia warto sobie postawić pytanie: - czy kiedykolwiek w swoim życiu, doświadczając Jezusa Zmartwychwstałego, powiedziałem świadomie i z całym przekonaniem: Pan mój i Bóg mój!

 

                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

Spotkanie przy pustym grobie

(J 20,1-9)

Na rubieżach Imperium Rzymskiego w Jerozolimie, w pierwszy dzień po szabacie i świętach Paschy, roku 30 lub 33, miało miejsce spotkanie  kilku osób, przy pustym grobie. Kluczową postacią tego spotkania był i jest Jezus Chrystus, który w noc z Szabatu na pierwszy dzień tygodnia w tym grobie zmartwychwstał i ten grób własną mocą opuścił. To spotkanie, jak żadne inne zmieniło obraz świata, mało tego, i jak żadne inne trwa do dzisiaj i trwać będzie do końca świata.

To spotkanie zmieniło dotychczasową logikę tygodnia i logikę świętowania. Pierwszy dzień wg Księgi Rodzaju był dniem, w którym rozpoczął się akt stwórczy. Siódmy dzień, który jako jedyny miał swoją własną nazwę – szabat, był dniem świętym – spoczynkiem Boga i człowieka. Jezus zmartwychwstał w nocy, na początku dnia pierwszego, rozpoczynając tym samym nowe stworzenie, a dzień pierwszy stał się Jego dniem – Dniem Pańskim. Świetnie ujął to żydowski filozof dialogu Franz Rosenzweig, który w Dniu Pańskim widział święto początku: Chrześcijanin jest tym, który wiecznie rozpoczyna, spełnienie go nie obchodzi. Jeśli początek jest dobry, wszystko jest dobre.

Siła wiecznej młodości chrześcijan, płynąca od Zmartwychwstałego, była tak wielka, że w 321 roku cesarz rzymski Konstantyn Wielki, wtedy jeszcze poganin, ogłosił: Wszyscy sędziowie i ludność miejska oraz wszelkiego rodzaju rzemieślnicy mają wstrzymać się od pracy w czcigodnym dniu słońca. I tak żydowski pierwszy dzień i pogański dzień słońca stał się nową formą świętowania – Dniem Pańskim. Zdaniem  Konstantyna  to właśnie sprawowany kult czynił ten dzień czcigodnym. Choć kult ten wprost nie był nazwany, lecz wszystkim było wiadome, że była nim Eucharystia – uobecnienie śmierci, zmartwychwstania i wniebowstąpienia Chrystusa. W niej właśnie to spotkanie przy pustym grobie ze Zmartwychwstałym, trwa i trwać będzie, albowiem Jezus żyje życiem, którego Mu już nikt nie odbierze. Otwiera to dla nas śmiertelnych ludzi, którzy są wraz z Nim przy pustym grobie, nowy sposób życia, a całemu stworzeniu, nadaje nowy wymiar.

Dzisiaj, stojąc przy grobie Jezusa w maseczce, z głową pełną  informacji o chorobie i śmierci, doświadczając globalnego zawirowania, znów przypominam sobie Konstantyna Wielkiego, który w swoim czasie dźwigał odpowiedzialność, za ówczesny świat. W swych postanowieniach dotyczących Dnia Pańskiego posunął się on jeszcze dalej: wszyscy otrzymują pozwolenie na dokonywanie emancypacji i wyzwalanie niewolników w dniu świętym i nie zakazuje się podejmowania związanych z tym czynności. Tak więc dwa ważne akty prawne związane z wolnością człowieka, przez dokonanie ich w Dniu Pańskim, otrzymywały nową jakość, a mianowicie: wyjście syna spod władzy ojca rodziny (emancypacja) oraz wyzwolenie niewolnika.

Może ten szukający wiary pogański cesarz, chce mi powiedzieć, przy pustym grobie Chrystusa, że zachowując odpowiedzialność niezależnie od ruchów matadorów tego świata, z Nim zachowam życie i wolność, których mi nikt nie odbierze

 

 

                                                                                  Ks. Lucjan Bielas

Dzisiaj potrzeba nam Króla!

(Mk 11, 1.10)

(Mk 14, 15,47)

W tym roku, na wpół zamknięty charakter Niedzieli Palmowej, jeszcze bardziej odsłania jej głęboki sens. Z jednej strony radość uroczystego wjazdu Chrystusa do świętego miasta królów, do Jeruzalem, który uruchomił w mieszkańcach wizję króla, którego tak bardzo wtedy potrzebowali. Wydawało im się, że Jezus jest w stanie  tę wizję wypełnić, temu zadaniu sprostać, tak, jak tego oczekiwali. Rozumiemy ich znakomicie, bo też by się nam tak wydawało.

Odczytywana we wszystkich kościołach w liturgii czytań „Męka Pańska” zdaje się zupełnym zaprzeczeniem oczekiwań przywódczej roli Jezusa Chrystusa na tym świecie.

Czy tak jest naprawdę? Czy te wydarzenia zaprzeczają sobie? Dlaczego właśnie dzisiaj Kościół zestawia je ze sobą w jednej liturgii?

Spróbujmy poszukać odpowiedzi w jedynej bajce, jaka znalazła się Biblii. Opowiedział ją Jotam, syn Gedeona, jedyny spośród braci, który został przy życiu po mordzie dokonanym przez Abimeleka. Tenże, syn Gedeona i nałożnicy postanowił przez morderstwo przejąć władzę, do czego namówił swoich bogatych ziomków z Sychem. To do nich, stojąc na szczycie góry Garizim, Jotam skierował przedziwną opowieść:

”Posłuchajcie mnie, możni Sychem, a Bóg usłyszy was także. Zebrały się drzewa, aby namaścić króla nad sobą. Rzekły do oliwki: ”Króluj nad nami!” 

Odpowiedziała im oliwka: ”Czyż mam się wyrzec mojej oliwy, która służy czci bogów i ludzi, aby pójść i kołysać się ponad drzewami?”

Z kolei zwróciły się drzewa do drzewa figowego: ”Chodź ty i króluj nad nami!” 

Odpowiedziało im drzewo figowe: ”Czyż mam się wyrzec mojej słodyczy i wybornego mego owocu, aby pójść i kołysać się ponad drzewami?” 

Następnie rzekły drzewa do krzewu winnego: ”Chodź ty i króluj nad nami!”

Krzew winny im odpowiedział: ”Czyż mam się wyrzec mojego soku, rozweselającego bogów i ludzi, aby pójść i kołysać się ponad drzewami?”

Wówczas rzekły wszystkie drzewa do krzewu cierniowego: ”Chodź ty i króluj nad nami!”  Odpowiedział krzew cierniowy drzewom: ”Jeśli naprawdę chcecie mnie namaścić na króla, chodźcie i odpoczywajcie w moim cieniu! A jeśli nie, niech ogień wyjdzie z krzewu cierniowego i spali cedry libańskie” (Sdz 9, 7-15).

Ten tekst miał swoje znaczenie w tamtej historycznej sytuacji. Twarde przesłanie, że Abimelek nie nadaje się króla, a jego panowanie będzie miło dramatyczny koniec, zarówno dla niego, jak i dla możnych z Sychem, w całości się spełniło (por. Sdz 9, 22-57).

Ma ten tekst swoją ponadczasową mądrość. Jeżeli chcesz być władcą, chcesz być przywódcą, musisz zrezygnować ze swojej osobistej misji i całkowicie służyć innym. Jeśli nie umiesz dokonać takiej rezygnacji, nie sięgaj po władzę. Bo jeżeli to zrobisz, na pewno przegrasz. Znakomicie rozumiała to oliwka, drzewo figowe i krzew winny.

Ma ten tekst swoje mesjańskie znaczenie. Zwróciła mi na to uwagę pewna młoda katechetka. Właśnie cierniem ukoronowany Chrystus prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek, zawisł na drzewie krzyża. Oddał wszystko to, co ludzkie z miłości do nas i śmiercią niewolniczą odkupił winy całej ludzkości. Spalił tym samym „cedry libańskie”, symbole ziemskiej władzy królewskiej i sam stał się jedynym prawdziwym władcą tego świata – cierniem ukoronowanym.

W tym kolejnym dniu osobliwej pandemii, którą nie do końca rozumiem, patrzę na Jezusa w cierniowej koronie i w Nim pragnę położyć całą moją ufność. Tylko z Nim nie przegram!

 

 

                                                                                          Ks. Lucjan Bielas

Mam kuku na punkcie rolnictwa

(J 12,20-33)

Kto mnie odrobinę lepiej zna, wie, że to stwierdzenie nie jest tanią retoryką.

Przed kilku laty od mojego zaprzyjaźnionego rolnika z Bawarii, Emila, otrzymałem w prezencie słoik wypełniony ziarnami pszenicy. Pan Emil, który od lat prowadzi gospodarstwo eksperymentalne, a przy tym jest mężczyzną poważnie traktującym swoją relację z Bogiem, wyjął jedno z ziaren  i pokazując, oznajmił mi z całym przekonaniem, że jest ono dla niego jednym z najpiękniejszych i najważniejszych cudów. Pracując nad różnego rodzaju odmianami pszenicy, doskonale wie, że nikt na świecie nie jest i nie będzie w możności stworzenia ziarna, takiego, jakie  uczynił Bóg. Maleńkie ziarno, zawierające niepojętą siłę życia, jest więc zarówno dla rolnika, jak i dla każdego myślącego człowieka,  przestrzenią spotkania ze Stwórcą. Obserwując Pana Emila przez lata, widzę, jak codziennie pogłębia tę relację, uczestnicząc w Eucharystii, przyjmując Chrystusa pod postacią chleba i jak zmaga się, aby przekładać to spotkanie z Bogiem na relacje w swojej codzienności.

Słoik z ziarnami pszenicy dalej stoi na półce. Minęły lata i nic się w nim nie zmieniło. Nikt ziaren nie zmielił, nie zrobił mąki i nie upiekł chleba, nikt nie wrzucił ich w żyzną glebę, aby ukryty potencjał życia, w procesie obumierania wydał plon. Każde ziarno zostało w słoiku, na swój sposób samo.

To doświadczenie wpisuje się w odpowiedź, jaką dał Chrystus przez Apostołów Grekom, którzy przybyli do Jerozolimy oddać cześć Bogu, ale pragnęli koniecznie spotkać Jezusa. Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.  Przykład obumierającego ziarna był czytelny w ówczesnym świecie pogańskim. Rozumieli go Egipcjanie, Grecy, Rzymianie i Żydzi. Wszędzie widziano to, że życie ludzkie jest wkomponowane w normalny cykl natury, cykl obumierania i wydawania plonów. Tymczasem Jezus Chrystus – Wcielone Słowo Boga, wcina się w ten cykl natury ze swoim życiem, śmiercią i zmartwychwstaniem. Spotkanie z Nim i przyjęcie Go nadaje ludzkiemu życiu właściwy sens i ponadczasowy wymiar. To spotkanie ma swoją weryfikację.

8 kwietnia 1973 r. Sługa Boży Ks. Bp Jan Pietraszko w Kolegiacie św. Anny w Krakowie zauważył: „Zdarza się przecież – sami o tym wiecie – tak, że ludzie przychodzą na rekolekcje przed Wielkanocą, wysłuchują pewnej ilości mniej lub więcej ciekawych dysertacji, takich intelektualnych smaczków, zadowolą swoją pasję intelektualną, wychodzą mniej lub więcej zadowoleni, albo rozgrymaszeni, mówią: dobrze mówił, albo: trudno tego było słuchać, takie gadanie, no i mijają dwa sakramenty. To im nie jest potrzebne. Pewnemu zwyczajowi stało się zadość. O Panu Bogu coś usłyszeli, coś sobie pomyśleli, ale to najważniejsze minęli. Do tego jeszcze przychodzi ten pomocnik z boku, który dzisiaj twierdzi, że w imię posoborowej odnowy to już jest trochę inaczej i że można sobie to zaspokoić i wypełnić w innym układzie, sam na sam z Panem Bogiem, albo w jakimś zbiorowym nabożeństwie pokutnym, podczas gdy Chrystus mówi wyraźnie do  Apostołów: Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone,  a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20,22-23). Tu w tym sformułowaniu Chrystusowym nie ma miejsca na wyminięcia”.

Trudno nie zauważyć, że słowa Sługi Bożego wygłoszone niemal 50 lat temu, w dobie Covida – 19 mają swoją przedziwną aktualność. Przyjęcie Jezusa to nie same intelektualne zachwyty, lecz przeoranie swojego życia, co weryfikuje się w Sakramencie Pokuty i Eucharystii. Jeżeli się tego nie przepracuje, to pozostaje bycie ziarnem pszenicy o gigantycznym potencjale, samotnym i wyschniętym, pośród innych w jakimś słoiku na jakiejś półce historii tego przemijającego świata.

Czy tego tak naprawdę chcemy? 

 

 

                                                                                                              Ks. Lucjan Bielas

ODCIENIE PRZYJAŹNI ZE ŚW. JÓZEFEM

 

z Józefem Śliwą rozmawia Agnieszka Pałka

W popularnej pieśni ku czci św. Józefa śpiewamy: Szczęśliwy, kto sobie patrona - Józefa ma za opiekuna. O właśnie taki rodzaj szczęścia, budowany na relacji ze św. Józefem, zapytałam jednego z naszych parafian.

Pan Józef, bo o nim mowa, urodził się w Wadowicach, a wychował w Paszkówce, miejscowości oddalonej zaledwie 11 km od Kalwarii Zebrzydowskiej. To zapewne spowodowało, że w jego rodzinie zawsze bardzo żywy był przede wszystkim kult Matki Bożej. Wraz z rodzicami i rodzeństwem byliśmy częstymi gośćmi na wszystkich uroczystościach maryjnych, dróżkach kalwaryjskich oraz obchodach Wielkiego Tygodnia. Św. Józef stał wtedy jakby troszkę z boku. Moje myśli kierowałem ku Niemu zazwyczaj w marcu, kiedy przypada Jego święto a więc również moje imieniny. Józef był patronem mojego taty oraz chrzestnego, po których zgodnie ze zwyczajem otrzymałem imię - wyznaje szczerze mój rozmówca. 

Po ukończeniu szkoły podstawowej pan Józef kontynuował naukę w Tychach, gdzie zamieszkał w internacie. Pamiętam, że kierownictwo utrudniało nam wyjście z internatu do kościoła na niedzielną Mszę św. To były lata 70-te, czasy komunizmu. Myślę, że wiara, którą przekazali nam rodzice, chyba przede wszystkim przez swój własny przykład sprawiła, że się nie bałem i starałem się być na Eucharystii. Na przyjaźń z Opiekunem Jezusa trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać.   

Prawdziwe, duchowe relacje pana Józefa z Jego patronem zaczęły się tworzyć, kiedy wikariuszem naszej parafii był ks. Pawła Pielka. To on zmobilizował go i zachęcił, aby wstąpił do Bractwa Św. Józefa. Wychowałem się, nie mając kontaktu z Oazą czy innymi formami duszpasterstwa młodzieży. Krótką chwilę byłem ministrantem. Oficjalne wpisanie do Księgi Bractwa oraz takie prawdziwe „odkrycie” mojego patrona i wspólnoty, były dla mnie wyjątkowym przeżyciem. Zaraz po tym pojechałem z żoną do naszego narodowego sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, aby Mu tą naszą duchową przyjaźń zawierzyć. Nasz rozmówca przyznaje, że od tego momentu codzienna modlitwa oraz uczestnictwo w porannej Mszy św. w każdą pierwszą środę miesiąca, stały się jego wielką radością. Będąc członkiem Bractwa św. Józefa, nawet wtedy gdy codziennie modlę się sam, mam taką pocieszającą świadomość, że przecież inni modlą się ze mną i za mnie. Mam nadzieję, że nie zabraknie nowych członków tej wspólnoty i będę mógł liczyć na ich modlitwę również wtedy, gdy mnie już tu nie będzie.

Pan Józef z wyraźnym sentymentem opowiada o figurze św. Józefa na naszym placu kościelnym. Przyprowadzam tam swoje wnuki. Na razie trojkę, ponieważ najmłodsza wnuczka jest jeszcze malutka. Mam jednak nadzieję, że gdy podrośnie a Pan Bóg pozwoli, to i ją będę tam prowadził. Pod tą figurą uczymy się znaku krzyża, modlimy się, czytamy wyrytą tam krótką modlitwę i opowiadam im o św. Józefie. Czasami zapalamy znicze i sprzątamy. Oczywiście zaglądamy też do Matki Bożej i pastuszków fatimskich.

Bractwo Św. Józefa nie jest jedyną wspólnotą, do której należy nasz parafianin. Uczestniczyłem kiedyś w rekolekcjach, na których swoim świadectwem dzielił się pan Marek, koordynator Mężczyzn św. Józefa, działających przy parafii Miłosierdzia Bożego na Borach. Pomyślałem wówczas, że warto się do nich przyłączyć i tak zrobiłem. Wspólnota ta skupia w swoich szeregach samych mężczyzn w różnym wieku. Raz w miesiącu odbywają się spotkania, na których rozważa się Pismo Święte, dyskutuje na różne tematy, dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniami. Jest to duża pomoc w rozwoju duchowym. Niestety przez pandemię zawieszono spotkania. Bardzo mi ich teraz brakuje.

Pan Józef przyznaje, że cnoty Oblubieńca Maryi, to wyzwanie dla współczesnego mężczyzny. Noszę przy sobie taką karteczkę z wypisanymi cechami mojego patrona: skromność, cichość, pokora, które staram się w sobie wyćwiczyć. Ciężkie to jednak zadanie w tym szalonym świecie choć wydaje mi się, że jeśli będziemy szczerze szukać tego, co wspólne dla żyjącego dwa tysiące lat temu Józefa, i dla nas współczesnych mężczyzn, oraz będziemy się więcej modlić za Jego wstawiennictwem, to stanie się On dla nas bardziej zrozumiały i łatwiej nam Go będzie naśladować.

Na koniec trafnie zauważa, że ogłoszony przez papieża Franciszka Rok św. Józefa może stać się zachętą dla wszystkich mężczyzn, aby nie wstydzili się swojej duchowości i angażowali w grupy działające przy parafiach. Oczywiście zachęcam panów do wstąpienia do Bractwa. Myślę, że każda wspólnota daje jakąś możliwość duchowego rozwoju. Zawsze inspiracją są dla mnie świadectwa innych. Dzięki pani Ani i panu Jarkowi uczestniczę w Kręgu Biblijnym. Wraz z żoną jestem także w wspólnocie Różaniec Rodziców. Wystarczy więc się dobrze rozejrzeć i zrobić ten przysłowiowy pierwszy krok.

Dziś pan Józef dostrzega, że jego patron cały czas był przy nim i w bardzo delikatny sposób go prowadził oraz nadal go prowadzi do Boga przez różnych ludzi, sytuacje, wydarzenia. To nasza modlitwa sprawia, że codziennie dzieją się takie małe, ciche cuda. Małe szczęścia, które doceniamy dopiero po jakimś czasie. Tych cudów w moim życiu i życiu mojej rodziny jest wiele. Wierzę, że były wymodlone również przez wstawiennictwo Głowy Świętej Rodziny.

 

Dziękuje serdecznie za rozmowę

 

 Lubimy gadać o problemach. A co z tego wynika?

(J 3,14-21)

Co wynika z naszych niekończących się dyskusji o świecie, o pandemii i szczepionkach, o polityce i o Kościele? Co wynika z tego, że uczestniczymy w rekolekcjach, że zawieszeni na wargach przeróżnych matadorów słowa, słuchamy  ich z zapartym tchem?  Co wynika z naszych zaangażowanych dyskusji i pobożnych rozważań? Stawia nam dziś te pytania nie byle kto, tylko sam Jezus Chrystus.

W liturgii Słowa Jezus przypomina nam sytuację, jaka zaistniała w Izraelu, tuż przed tzw. niewolą babilońską. Wszyscy naczelnicy Judy, kapłani i lud mnożyli nieprawości, naśladując wszelkie obrzydliwości narodów pogańskich i bezczeszcząc świątynię, którą Pan poświęcił w Jerozolimie. Wiele wtedy dyskutowano o problemach, ale głos proroków na czele z Jeremiaszem, nawołujących do odejścia od grzechów, lekceważono. Przyczyną tego, co się później wydarzyło z narodem, a mianowicie całego dramatu utraty wolności, były grzechy, a przede wszystkim barak woli, aby od nich odejść. Nieszczęścia, które były przewidywane i rzeczywiście przyszły, nie były złośliwością Boga, lecz prostą konsekwencją złych decyzji człowieka.

Jezus w rozmowie z Nikodemem, członkiem sanhedrynu, w proroczych słowach nawiązuje do epizodu, jaki miał miejsce na pustyni, podczas ucieczki Izraelitów z niewoli egipskiej. Zniechęceni trudnymi warunkami, zaczęli występować przeciwko Bogu i Mojżeszowi. Ukarani plagą węży o jadzie zabójczym, zrozumieli swój grzech. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu. Znamienną jest rzeczą, że choć kara spadła na wszystkich, ratunek tkwił w osobistej relacji ukąszonego z Bogiem. Jezus, nawiązując do tamtego wydarzenia, wyraża pragnienie, aby spojrzenie z wiarą na Jego wywyższenie, dziś możemy powiedzieć na Jego krzyż, dawało grzesznemu człowiekowi nie tylko życie doczesne, ale przede wszystkim wieczne. Tylko On, Jezus Chrystus, prawdziwy Człowiek, składając Ojcu Niebieskiemu z miłości do nas ofiarę, zadośćuczynił za nasze grzechy, będąc jednocześnie prawdziwym Bogiem. Słyszeliśmy to zdanie wiele razy, może nawet potrafimy je powtórzyć, dziś jednak Jezus pyta każdego z nas – czy wierzysz w to? Niewola wisi w powietrzu, dyskusje trwają, głupota króluje, bunt przeciw Bogu narasta, a Jezus, wskazując na swój krzyż, pyta każdego z nas indywidualnie – czy wierzysz w to?

Jeżeli rzeczywiście w to wierzę,  nazywam wtedy mój grzech jasno i bez retuszu. W Sakramencie Pokuty oddaję go Chrystusowi, a w konsekwencji tego zmieniam swoje życie. Wtedy dopiero mogę powiedzieć, że stanąłem w świetle prawdy, jaką jest sam Jezus. A jest On światłem absolutnie wyjątkowym,   ponieważ pozwala mi nie tylko ujrzeć prawdę o sobie samym, ale daje również siłę, aby wrócić na dobrą drogę. To ja sam muszę podjąć decyzję wyjścia z ciemności. Im więcej będzie nas w Chrystusowym świetle, tym jaśniej i bezpieczniej będzie na świecie. Ta jasność to zbiór naszych indywidualnych decyzji, a nie pokazowa iluminacja zorganizowana przez Stwórcę. Jest to jedyna droga pokojowej naprawy świata.

Prowadząc więc mądre dyskusje i uczestnicząc w ciekawych wykładach i konferencjach oraz słuchając płomiennych kazań, pamiętajmy, że jeśli nie prowadzą nas one do Sakramentu Pokuty, są tylko stratą czasu i przysłowiowym – szminkowaniem trupa.

 

                                                                                              

                                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas

Nabożeństwa ku czci
Św. Rity

Każdy 22. dzień miesiąca,
godz. 17:00 / 18:00.

Więcej informacji...

Msze Święte

Niedziele i Święta:

7:00, 8:30, 10:00,
11:30, 12:45, 17:00

Dni powszednie:

7:00, 18:00
(od 1.X do 31.XII
7:00, 17:00)

Copyright © Parafia p.w. św. Jana Kantego w Jaworznie - Niedzieliskach, 2021

Wykonanie: Bogusław Nowakowski

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Polityka Plików Cookies dostępna jest do przeglądu na stronach GIODO tutaj.